Théâtre de la Mode

Ciekawe, że w czasach ekstremalnych ludzie mimo wszystko chcą sięgać gwiazd i zatopić się w baśniowym świecie. To chyba rodzaj rekompensaty, koła ratunkowego dla ludzkiej psychiki. Film ukazujący najnowszą kolekcję Diora jest jak tabletka psychotropów będących remedium na stan deprywacji w której się znaleźliśmy. Wątek, który w nim przykuwa uwagę od pierwszej chwili, to przywołanie słynnego Teatru Mody z 1945 roku. Wydarzenie szczególne, bo też w szczególnych czasach wymyślone, zaskakujące rozwiązanie wielu problemów, głównie związanych z ekonomiczną sytuacją krawiectwa francuskiego po II Wojnie Światowej. Zarówno współczesny film domu mody Dior jak i Teatr Mody, sprzed ponad półwieku, to jednak nie tylko próba rozkręcenia popytu w czasach ekonomicznej zapaści. To projekty, które przed ludźmi, po traumie wojennej w pierwszym przypadku i epidemicznej w drugim, otwierają drzwi do marzeń o mitycznym świecie beztroski.

Adolf Hitler w Paryżu, 1940. 

Jakkolwiek sytuacja na terenie okupowanej Francji i w Polsce wyglądała zgoła inaczej oczywistym jest że, w obu przestrzeniach wydatki na przyjemności takie jak moda były pierwszymi z których społeczeństwo rezygnowało. Szef rządu państwa Vichy marszałek Petain propagując hasło Praca, Rodzina, Ojczyzna, sugerował, że nowa Francja ma odnaleźć prostą drogę i powrócić do „dobrych” obyczajów. Nastać miał czas moralnego odrodzenia, zatem na celowniku znalazły się niektóre gatunki filmowe, literackie, teatralne i moda. Kobieta miała przede wszystkim wyglądać jak matka, jej ubiór zaś winien być przykładem skromności i rozsądku. Sytuację paryskiej Haute Couture pogorszył fakt, że miasto opuściło wielu projektantów. Zamknięcie ich pracowni posłało na bruk rzesze osób związanych z przemysłem francuskiej mody. Ci którzy pozostali na placu boju musieli borykać się z surowymi ograniczeniami wojennymi. Zatrzymanie rozwoju tej części gospodarki francuskiej, bardzo prężnej przed wojną i przynoszącej państwu wysokie dochody, było oczywiście świadomą polityką prowadzoną przez okupanta. Stłamszenie mody francuskiej dawało szansę wypromowania tej samej gałęzi gospodarki w Rzeszy. Niemcy pod byle pretekstem, choćby przekroczenia limitu tkanin, zamykali kolejne funkcjonujące jeszcze domy mody. Projektanci paryscy utracili prawo do eksportu i fotografowania swoich modeli. Magazyny i pisma przestały być wydawane co mocno ograniczało możliwość pozyskiwania klientów. Już w lipcu 1940 Niemcy przeszukując lokale Izby Mody zajęli jej archiwa z danymi zagranicznych kontrahentów. Cel był jasny, przeniesienie stolicy europejskiego krawiectwa z Paryża do Berlina i Wiednia, i nie o honorowe tytuły tu chodziło ale o ekonomię na najwyższych możliwych osiągach.

Lucien Lelong, źródło Wikipedia

Okazję postanowili wykorzystać amerykańscy projektanci. Słynny Mainbocher, z urodzenia Amerykanin, szef francuskiej edycji Vogue a także projektant, przeniósł się z wybuchem wojny do Nowego Jorku i przekonywał, że właśnie to miasto powinno stać się stolicą światowej mody. Ale krawiecki Paryż walczył. Problem braku tkanin próbowano rozwiązać stworzeniem nowych wykonanych na bazie żywicy, janowca, konopi. Nieudane doświadczenia z tkaninami zastąpiono oszczędnościami w wykrojach: skracano długości, zmniejszono kieszenie, zakładki, wyłogi. Francuska Izba Mody zachęcała do zakupów jako patriotycznej manifestacji. Część francuskiego Haute Couture w obliczu ekonomicznych trudności przestawiła się na tańsze i bardziej praktyczne stroje. Ta polityka przynosiła efekty. Na 70 działających przed wojną domów mody 60 nadal projektowało i prezentowało swoje stroje, dając zatrudnienie tysiącom wyspecjalizowanych szwaczek i milionom drobnych dostawców. Kluczową rolę odegrał w tej walce Lucien Lelong, od 1937 prezes Izby Mody, który podczas swojej podróży do Berlina, przekonywał niemieckie władze że, tylko Paryż ma szansę w walce z konkurencją amerykańskiego rynku mody.

ulica paryska podczas okupacji niemieckiej, źródło Wikipedia

Smutna i niewygodna prawda jest też taka, że walczące o przetrwanie francuskie Haute Couture, sprzedawało swoje kreacje głównie żonom niemieckich oficerów, kolaborantom i ludziom zbijającym fortuny na spekulacjach rynkowych. Tymczasem ulica paryska wyglądała inaczej.  Mężczyźni w nieforemnych, długich marynarkach z szerokimi ramionami, wąskich marszczonych w pasie spodniach i butach na potrójnej podeszwie. Kobiety w podobnie bezkształtnych marynarkach, krótkich spódnicach (problemy z materiałem!) koniecznie z rozporkiem, który pozwalał pedałować na rowerze. Zamiast pończoch, bo przecież jedwab szedł na produkcje spadochronów, kobiety kredkami rysowały pseudo-szwy na swoich łydkach. Polem francuskiej modowej fantazji stały się kapelusze. Ozdobione sztucznymi owocami i ptakami, skomponowane z nienadających się już do niczego resztek, „rzucały wyzwanie zarówno nieszczęściom tej epoki jak i zdrowemu rozsądkowi”.   

Po wyzwoleniu francuscy couturiers z nową energią zakasali rękawy aby przyciągnąć międzynarodową klientelę i przywrócić Paryżowi, zachwianą wojną, pozycję stolicy mody. Niestrudzony Lucien Lelong zjednoczył 60 twórców Haute Couture wokół propagandowej imprezy, która miała spełnić to zadanie.  Wystawa Théâtre de la Mode otwarta została w marcu 1945 w Muzeum Sztuki Dekoracyjnej /Luwr w Paryżu. Zaprezentowano na niej ponad 200 lalek. Stojąc, na tle teatralnych scenerii miasta, stworzonych przez artystów takich jak Christian Berard i Jean Cocteau, każda z nich prezentowała na sobie szyte, z najwyższą starannością, kreacje paryskich domów mody. Lalki wykonano z drutu. Był to jedyny wówczas dostępny materiał. Konstrukcje miały około 60 cm wysokości. Wymodelowane w gipsie główki lalek ozdabiały ułożone fryzury i kapelusze. Na szyjach lśniła biżuteria, buty wykonane były przez mistrzowskich szewców, torebki dawały się otwierać i zamykać. Mimo panującej powojennej biedy wystawa odniosła sukces. Théâtre de la Mode przyciągnął 100 000 odwiedzających. Nic zatem dziwnego, że po lekkich uaktualnieniach, wystawa ruszyła także na podbój Ameryki, do Nowego Jorku i San Francisco. Po triumfach za oceanem, lalki spoczęły w piwnicy sklepu towarowego City of Paris w San Francisco, gdzie odnaleziono je w latach 90. zeszłego wieku. Poddano je renowacji i przeniesiono do Maryhill Museum of Art. Każdego roku prezentowane są tam trzy z dziewięciu zrekonstruowanych zestawów.

Film prezentujący najnowszą damską kolekcję domu mody Dior w sposób oczywisty nawiązuje do owej słynnej wystawy z 1945. Wszak Christian Dior brał w niej udział jako projektant zatrudniony w atelier samego Luciena Lelonga. Ale to nie jedyny punkt odniesienia dla filmu. Dyrektor kreatywna marki Maria Grazia Chiuri, tworząc swoją kolekcję, inspirowała się sztuką surrealizmu. W wywiadach wymienia: Lee Miller, Dorothea’ę Tanning, Leonorę Carrington, Dorę Maar i Jacqueline Lamba, które są wspaniałymi przedstawicielkami tego kierunku. Z jednej strony kolekcja Diora to hołd utalentowanej kobiety wobec jej artystycznych kobiecych autorytetów, z drugiej pomysł konweniuje ze współczesnym globalnym doświadczeniem lockdownu, który obudził w nas poczucie absurdu i skojarzenia z senną maligną. Wiedząc o tym ważnym źródle inspiracji, reżyser Matteo Garron, w swoim filmie dla Diora przywołał świat z „Metamorfoz” Owidiusza i wplótł w niego konkretne obrazy i fotografie z twórczości wspomnianych artystek. Fabuła silnie podkreśla, że w świat fantazji zabiera nas nie tylko talent reżysera i wyobraźnia projektantki ale także kunszt czułych rąk wszystkich osób pracujących w szwalni.

To naprawdę ciekawe, że w czasach gdy na jednej szali jest zdrowie, ba nawet ludzkie życie, tak bardzo pociąga nas świat pięknej ułudy i chwila zapomnienia. I myślę sobie, że to oderwanie, choć na chwilę, od okropności życia jest w nas piękne. Bo gdyby za każdym razem gdy wybucha wojna, jakiś konflikt lub zaraza, malarze przestali malować, rzeźbiarze rzeźbić a krawcy szyć ubrania, to dalej siedzielibyśmy nadzy drżąc w ciemnej jaskini. Nie mam złudzeń że, ludzkość się czegoś nauczy na swoich błędach, ale jestem optymistką, bo są wśród nas ludzie, którzy pomimo kłód, które rzuca im pod nogi wielka historia, pchają nas swoim talentem do przodu. Chwała im za to!

 

Opublikowane przez sztukomodnie

Monika Przypkowska ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1996 roku współpracuje z Zamkiem Królewskim a także innymi instytucjami zajmującymi się edukacją artystyczną: MNW, Dziecięcą i Młodzieżową Akademią Artystyczną, Mazowieckim Uniwersytetem III Wieku, Ursynowskim Uniwersytetem III Wieku, Studiem Sztuki, Zespołem Szkół Poligraficznych. Zawodowo związana z modą także jako: redaktor, stylistka i producent sesji zdjęciowych w takich pismach jak: Avanti, Jestem, Claudia, Moda Top.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: