Holland & Poland

Zdecydowana większość z nas malarstwo dawne – podświadomie czy nie – stawia na piedestale. Okryte patyną wieków, zawieszone na ścianach narodowych muzeów i królewskich rezydencji, zachwyca, bo zdaje nam się, że zachwycać musi, skoro owe szacowne siedziby przyozdabia. Parafrazując Gombrowicza wielkim malarzem był – dzwoni nam w uszach i działa odwrotnym niż zamierzony efektem. Ten wyuczony najczęściej jeszcze w szkolnych ławkach, bezkrytyczny szacunek z łoskotem zwykle i skutecznie zatrzaskuje wieko chłodnej krypty nad Bogu ducha winną sztuką muzealną, która stawiana na tym piedestale nie może już w potocznym rozumieniu budzić w nas sprzeciwu czy wątpliwości, a to skazuje ją niestety często na naszą obojętność.

Zupełnie inaczej jest ze sztuką współczesną. Bywalcy galerii, które ją prezentują, dobrze wiedzą, że zawsze odnajdą tam podnietę. Jaka będzie? Dobra, czy zła? Mocna, czy słaba? Przemówi prawdziwie, czy fałszywie? Wydanie werdyktu w powyższych kwestiach, choćby tylko we własnej głowie, podnieca, a wszelka podnieta uzależnia. Tropimy z zadowoleniem wątki zaangażowania, tu jest temat eko, tutaj gender, a tam polityka. Ukontentowani tym tu i teraz, bywa, że nie upominamy się już o korzenie. Tymczasem w sztuce najbardziej nawet współczesnej, świadome lub nie, bywa, że czasem jak zadra pod paznokciem, tkwią nawiązania i kontynuacje.

Styk sztuki nowej z dawną jest momentem trudno uchwytnym i nie łatwo definiowalnym. Tropy przeszłości nie zawsze są słusznym i dobrym narzędziem do odszyfrowania sztuki współczesnej, ale… bywają kluczem zręcznym. Prowadzą w nowe rejony skojarzeń i wplatają dodatkowe wątki. Czasem też – i owszem – zapędzą nas na manowce, bo co oczywiste, każda epoka ma swoje okulary, przez które postrzega świat, bywa więc, że zestawienie dzieł i wątków z przeszłości z tymi z dnia współczesnego, może raczej zagmatwać, niż rozjaśnić zrozumienie epoki tej, czy minionej. Ostatecznie jednak (artyści współcześni mam nadzieję, się nie obruszą), sztuka dawna nie straci nic ze swej pomnikowości, a poniższe tropy i skojarzenia ciekawie ukażą powiązania sztuki współczesnej z dawną.

MA(Ł)POWANIE ŚWIATA

Wystawa Świat Rembrandta. Artyści. Mieszczanie. Odkrywcy., Zamek Królewski w Warszawie, sala Kolonie

Jeszcze w 1728 r. Daniel Defoe pisał o Niderlandczykach, iż to zaprawdę przewoźnicy całego świata, pośrednicy w handlu, faktorzy i maklerzy Europy, przy czym, jak podkreśla historyk sztuki prof. Antoni Ziemba, żegluga morska była dla nich nie tylko źródłem, dobrobytu (…) ale zarazem stylem życia, przedmiotem patriotycznej dumy, znakiem identyfikacji narodowej, programem ideologicznym, a nawet sposobem wyznawanej wiary. (A. Ziemba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580–1660). Taaak… tylko, że ten złoty wiek Holandii już złotym nie jest, ba, nie jest już chyba nawet srebrnym.

Ostatnie dekady przyniosły rewizję wielu wyniesionych na piedestał wydarzeń społeczno-historycznych. Odarte z europocentrycznego punktu widzenia, ukazały się współczesnej opinii publicznej w rozpaczliwie smętnym i wstrząsającym świetle. Kolonializm, który legł u podstaw bogactwa i zasobności niderlandzkich portfelów XVII wieku, ma na swoim sumieniu nieszczęścia tysięcy istnień ludzkich i niepowetowane straty w świecie przyrody. Nawet jeśli – jak niektórzy historycy zwracają uwagę – obie holenderskie Kompanie Wschodnio- i Zachodnioindyjska prowadziły nieco rozbieżną politykę wobec mieszkańców i zasobów miejscowych, wobec ogromu ich przewin daremne byłoby usprawiedliwianie i rozgrzeszanie czy to holenderskich, czy innych ówczesnych europejskich odkrywców. Wystarczy tu przypomnieć historię przytoczoną przez Zygmunta Herberta w jego Martwej naturze z wędzidłem o wyprawie przeciwko wyspom Ambon i Banda. W czasie wojskowej ekspedycji spośród piętnastu tysięcy mieszkańców tych wysp czternaście tysięcy wymordowano, a siedmiuset sprzedano w niewolę. (..) faktycznym sprawcą masakry był lokalny gubernator Sonck, natomiast Coen (Jan Pieterszoon Coen – Generalny Gubernator Indii Wschodnich) wydał tylko rozkaz ewakuacji tubylców. Słowo „ewakuacja” zrozumiano jako ewakuację ostateczną, to znaczy przeniesienie w zaświaty.

Insularum Moluccarum Nova Descriptio, Joannes Janssonius, Gerard Mercator, Trento – Biblioteca comunale di Trento, podobny obiekt na wystawie w Świat Rembrandta w ZKW pochodzi z Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku

Kolonialna polityka zysku XVII-wiecznej Holandii miała daleki zasięg i wielki apetyt. Świetną tego ilustracją są: kilogramy tropikalnych owoców wyzierające z olejnych martwych natur, grafiki z naukową drobiazgowością przedstawiające cudaczne ryby z egzotycznych wód, cały wachlarz marynistycznej tematyki, jak bitwy morskie czy burze na morzu oraz rozkwitająca ówczesna niderlandzka kartografia. Jednym z najważniejszych nazwisk z tego ostatniego poletka był flamandczyk Gerard Merkator, twórca map Europy i Nowego Świata. W latach 1585–1595 wydał zbiór map w formie księgi i jako pierwszy użył określenie atlas nawiązując do postaci króla Atlasa z Mauretanii, astronoma i matematyka, który uważany był za twórcę globusa nieba. W 1604 r. jego miedziorytnicze płyty przejął mieszkający w Amsterdamie Jodocus Hondius Starszy i ponownie wydał Atlas Mercatora, dodając 36 map, w tym kilka stworzonych przez siebie. To nowe wydanie, podobnie jak jego wersja kieszonkowa, okazały się wielkim sukcesem komercyjnym.

Dzisiaj ową dumę z penetrowania Nowego Świata przez niezmordowanych w swej energii zdobywania protestanckich i katolickich Europejczyków, skutecznie korygują kolejne publikacje. Odsłaniają niezwykle krwawe dzieje nawracania na cywilizacyjne zdobycze tubylczych plemion, a Niderlandy wcale nie są jedynym państwem, które mierzyć się musi z tą niechlubną przeszłością. Temat konkwisty nie urywa się jednak w przeszłości i nie ogranicza do czasów minionych. Swego rodzaju mapowanie świata, prostackie zawłaszczenia, dzieje się i na naszych oczach i wiele się tu nie zmienia. Ekonomiczne uzależnianie państw słabszych przez bogatsze, zachłanne marnotrawstwo surowców naturalnych, brak polityki uświadamiającej potrzebę zmian w zarządzaniu zasobami ziemi. We wszystkich tych kwestiach sztuka współczesna głośno i chętnie głos zabiera.

Radek Szlaga (ur. 1979 r.) absolwent Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, obecnie mieszka i pracuje w Brukseli i Detroit. Jego twórczość obejmująca malarstwo, rysunek, rzeźbę i instalację. Podobnie, jak holenderska XVII-wieczna kartografia staje się wizualizacją podbojów człowieka. W tym wypadku jednak mamy do czynienia z napiętnowaniem tego procesu, a nie jego gloryfikacją. W pracach, które artysta zaprezentował na przełomie 2018 i 2019 r. w warszawskiej Zachęcie na wystawie Miejsca, których nie miałem zamiaru zobaczyć rozwijał wątek swoiście reinterpretowanej kartografii. Pod postacią różnego rodzaju artefaktów: map, proporców, sztandarów metaforycznie przedstawiał współczesny nadmiar informacji, chorobę współczesności mamiącej się ułudą, że poznanie materialnej wszechrzeczy jest na wyciągnięcie ręki i jednocześnie świadomej nieosiągalności tego stanu. Niezwykle trafnie opisała to Olga Tokarczuk w Czułym narratorzeŚwiat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i z nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. W wielkoformatowych proporcach Szlagi właśnie ten rodzaj skomplikowanej plecionki znalazł swoje metaforyczne odbicie.

Radek Szlaga, Merkator, 2021

Podobny wątek pojawił się także w pracach zaprezentowanych przez artystę w warszawskiej galerii Leto (27.03-05.06.2021). Obraz dający nazwę całej wystawie Merkator bezpośrednio wiązał ją z postacią słynnego kartografa. Był zapisem odkształceń, jakim podlega rzeczywistość, którą człowiek – w równej mierze teraźniejszości, co przeszłości – próbuje zmapować, a raczej zmałpować, odwzorowując ją na swój egocentryczny i wypaczony sposób. Delikatne, koronkowe kreski autoportretu Szlagi odkształcone zgodnie z tą samą zasadą, jakiej podlega rozłożony na płaskiej powierzchni zarys lądów i kontynentów, uwydatniły śmieszność sadyzmu, z jakim człowiek nagina rzeczywistość do ograniczonych możliwości własnej percepcji. Przeniesienie sferycznej formy globusa na płaską powierzchnię mapy jest wszak zabiegiem zaciemniającym geograficzną/kosmiczną rzeczywistość, chciałoby się rzec marnym oszustwem, choć chronionym naukowym statusem.

Szlaga przygląda się mapie i jej wariantom, jak globus czy atlas, pod wieloma kątami. Ukazuje je jako symbole naszych czasów, gdzie widzę miesza się z wiem i posiadam. Jego obrazy skonstruowane ze szczątków przeszłości, fragmentów zewsząd, w tym starych prac artysty, stają się metaforą rozpadu koncepcji wiedzy obiektywnej, opartej na faktach. (…) punktem wyjścia do przyjrzenia się rzeczywistości, której podstawową i definiującą cechą jest fragmentacja, której podlegają nasze współzawodniczące ze sobą, znoszące się nawzajem źródła współczesnego poznania, gdzie jeden news wyparty jest w ciągu sekundy przez drugi, często zupełnie przeciwstawny. Duma poznania i królowanie światu, uwidocznione na mapach holenderskich XVII wieku, rezonuje w alarmującym i refleksyjnym jednocześnie malarstwie współczesnych artystów, takich jak Radek Szlaga, poddających w wątpliwość przekonanie o człowieku, jako niekwestionowanym ukoronowaniu „bożego stworzenia”.

KSIĘSTWO PRZEDMIOTÓW I PRZYJEMNOŚĆ OGLĄDANIA

Pewien Holender, zamawiający u swego ulubionego malarza sceny targowe żądał, żeby było w nich coraz więcej połci mięsa, coraz więcej ryb i warzyw. O! nienasycone, niezaspokojone głody rzeczywistości! W teorii znacznie niżej od malarstwa historycznego ceniono krajobrazy, sceny rodzajowe, martwe natury. Dlaczego więc w sztuce holenderskiej XVII wieku spotykamy taką obfitość, więcej, zdecydowaną dominację dzieł należących do tego „pośledniego” gatunku? – pytał w swojej wspomnianej wcześniej książce Zbigniew Herbert. W zachowanych relacjach podróżników widać, że młoda republika mieszczańska intrygowała nie tylko odmiennością ustroju i mrówczą pracowitością mieszkańców, ale też ich niezwykłym przyziemnym stosunkiem do życia, który objawiał się w pewien szczególny sposób. Jaki? Wystarczy zerknąć na kapiącą smakiem cytrynę, lśniące ziarenka granatu, lub ciężką kiść winogron wyzierającą do nas z ich martwych natur. Po czterystu latach z górką nadal uwodzą, szepcząc napatrz się do syta. Czy są świadectwem miłości do przedmiotów i dobrobytu czy raczej ostrzeżeniem przed jego ułudą? Czy te obrazy to już tylko nużący moralizatorski wykład o eucharystycznym chlebie i sprośnej kapuście, kompozycja na próżno wygrażająca koheletowym paluchem przed nosem znudzonego gościa muzealnych przestrzeni? Przecież można tu podziwiać także skrupulatność malarskiego oka, świat przedmiotów autonomicznych i samodzielnych, laicką i na wskroś nowoczesną afirmację widzialnej rzeczywistości. W pamfletach barokowych Holendrzy często przecież występują jako opętani żądzą posiadania ciułacze i dusigrosze. Z tej perspektywy tropem ważnym i nie do zlekceważenia w zrozumieniu dzieł starych mistrzów pozostaje zatem, zwykła i niezwykła w jednym, przyjemność spojrzenia zarówno malujących, jak i kupujących obrazy.

A jak traktuje ten dyskurs przyjemności sztuka współczesna? Zaangażowana walczy, irytuje, krzyczy, zwykle jest konceptualną łamigłówką i intelektualnym haczykiem. Podobnie jak emblematyczne malarstwo holenderskie każe się nam czytać, wgryźć w ukryte znaczenia ale czy w równym stopniu co ta sprzed 4 wieków chce nam dać zmysłową rozkosz patrzenia. Dla wytrawnych odbiorców sztuki z dzisiaj zwykła przyjemność jako cel nadrzędny jest najzwyczajniej w świecie podejrzana. Jednak moc sztuki to jej różnorodność i matematyczne proporcje nic tu nie znaczą. W oceanach współczesnej koncepcyjnej homogeniczności pojawiają się archipelagi wysp odmiennych – obrazy Marcina Zawickiego a w nich zadziwiająca i hipnotyzująca autorska odmiana wątku makroskopii znana z malarstwa dawnego.

Marcin Zawicki (ur. 1985) pedagog Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i zagranicą, laureat wielu nagród i wyróżnień, od lat z sukcesem olśniewa wzrok odbiorców. Spektakularne przebicia lica obrazu, bliki światła na szklanej wypukłości pucharu, żółcień spiralnej skórki cytryny zawieszona nad przepaścią krawędzi stołu, wszystkie te tradycyjne malarskie chwyty w jego wcześniejszych pracach z cyklu Hollow Art były intrygującym wstępem do dyskursu szerszego, w którym manus artificis – ręka rzemieślnika – śmiało sięga po rolę manus dei – ręka Boga i nie on pierwszy się na to poważył. Malując swoje trompe-l’œil‚owskie, iluzjonistyczne obrazy jak Dziewczyna w ramie czy Uczony przy pulpicie Rembrandt także nie walczył jedynie o uwagę klienta. Takie kuglarskie efekciarstwo byłoby w jego przypadku upokarzającym kupczeniem nieprzeciętnym talentem. Wzorem renesansowych poprzedników Rembrandt stwarzał, powoływał do życia malarskie wszechświaty, pędzlem mówił stań się, a one się stawały.

Metamalarskie tematy podobnej natury przechwyciło wielu malarzy po Rembrandcie a i dzisiaj można je odnaleźć między innymi właśnie w twórczości Zawickiego. O swoich obrazach z cyklu Golem z 2020 r. artysta napisał: Bezkształtna bryła, zlepek materii powołany do sztucznego istnienia, nie prawami życia i ewolucji, ale zasadami estetyki, zależnościami kompozycyjnymi i ciężarem barw i linii. (..) Uobecnia się poprzez szyfry malarskich gestów, które istnieją przede wszystkim same dla siebie, stają się językiem, konstytuując widzialność zawsze podwójnie: obraz jako treść, i jako formę. Integralnym elementem jego malarstwa i procesu tworzenia są spreparowane przez artystę trójwymiarowe modele rzeźbiarskie, w oparciu o które powstaje każdy z obrazów. Owe makiety to zaskakujące na poły organiczne twory kojarzące się ze wszystkim i z niczym konkretnym zarazem.

Zestawmy obraz Zawickiego Stake z dziełami Otto Marseusa van Schrieck Osty i motyle czy Dircka Maasa Oset i żabka z XVII w. Ten sam precyzyjny rysunek, przeciążenie kompozycji pierwszego planu, ten sam krzyk energii istnienia. Jedyna różnica, że w obrazach Zawickiego boskiego demiurga – zastąpił sam malarz. U podstaw twórczości każdego z tych artystów leży perspektywa mityczna, w której świat jawi się jako spersonifikowany, żywy, pełen wibrującego élan vital, a przez to znaczenia. To nie świat mechaniczny i przypadkowy, lecz wypełniony bytami, wymagającymi od nas pełnego pasji zaangażowania, jest to bowiem rzeczywistość niepodzielna. Podmiot i przedmiot, bóg i człowiek, człowiek i zwierzę, człowiek i natura są ze sobą połączeni subtelnymi korespondencjami, pełnymi znaczenia. (Olga Tokarczuk Czuły narrator). Oglądając te malarskie kreacje nawet najbardziej zatwardziały agnostyk na fali wizualnej przyjemności poczuje tchnienie Absolutu.

ARS ALIT ARTIFICIEM

Kiedy w 1925 r. Stanisław Ignacy Witkiewicz założył swoją jednoosobową Firmę Portretową sporządził dla niej specyficzny regulamin. Znalazły się tam rozbrajająco-informujące punkty takie jak: Zależnie od stanu firmy i trudności twarzy portret może być wykonany w jedno, dwa, trzy do pięciu posiedzeń./ Przy dużych portretach z rękami lub w całej figurze liczba posiedzeń może dojść i do dwudziestu./ Ilość posiedzeń nie przesądza o dobroci wytworu./ Klienci są zobowiązani zjawić się punktualnie na seanse, gdyż czekanie źle wpływa na nastrój firmy i może źle wpłynąć na wykonanie utworu. Firma z mottem brzmiącym jak współczesna reklama Klient musi być zadowolony. Nieporozumienia wykluczone powstała, bo Witkacy bardzo potrzebował pieniędzy i choć portret traktował z lekceważeniem, jako sztukę użytkową, jednego był pewien: zawsze znajdą się chętni zapłacić za upamiętnianie swojego fizis.

Liczne portrety stworzone przez XVII wiecznych malarzy holenderskich powstały dokładnie z tego samego powodu. Jak przeczytać można u już cytowanego wcześniej Herberta Malowanie portretów (..) ograniczyło ryzyko artysty, ponieważ model z reguły był nabywcą, kazał się uwieczniać w okresie swojej prosperity, nierzadko ambicja powierzenia zadania dobremu mistrzowi brała górę nad sknerstwem. Należało oddać pełne policzki, oczy patrzące śmiało w przyszłość, a także jak najdokładniej koronki i atłasy świątecznego stroju. Każdy chce wyglądać lepiej, bardziej godnie, niż w rzeczywistości. Stąd w portretach nawet najbardziej kalwińsko-powściągliwych znajdziemy choćby skrawek koronkowej krezy i głęboką czerń szlachetnego atłasu, a w wizerunkach członków rodów arystokratycznych (nielicznych w Zjednoczonych Prowincjach) kilogramy pereł i złotych łańcuchów.

Ostentacją garderobianych gadżetów, jak wstążki, koronki i biżuteria, które potwierdzały status przedstawionego czy ekstrawagancją ujęcia, tak miłą oku bohemy polskiego 20-lecia, malarze zjednywali sobie przychylność zamawiających i najzwyczajniej w świecie zarabiali, bo przecież – jak każdy – zarabiać musieli. Nie pomijając jednak fiskalnego tła dyktującego rozwój twórczości Fransa Halsa, Rembrandta, czy Witkacego zarzucić im nie sposób, że wypuszczali w świat dzieła niestaranne i byle jakie. Zła sztuka potrafi często na siebie zarabiać, dlaczego więc dobra nie miała by tego robić lepiej? Zwłaszcza, gdy przyjdzie tego paląca potrzeba.

Maciej Salamon (ur. 1984 r.), wykładowca gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, przez ostatnie lata zajmował się m.in. rysunkiem, grafiką, projektowaniem graficznym, tworzeniem filmów animowanych, teledysków, muzyką. Jego Instagram do marca 2020 r. to przede wszystkim zdjęcia projektów tatuaży i ich realizacje na jeszcze zaczerwienionej skórze pacjentów jak sam ich określa. Wyraźną cezurą jest początek pierwszego pandemicznego lockdownu. Od kwietnia 2020 r. artysta trochę z nudy, weny twórczej i zwykłej ekonomicznej potrzeby utrzymania 5-osobowej rodziny powrócił do malowania. Wzorem jednoosobowej firmy Witkiewicza, na którą się powołał, zaczął tworzyć/produkować portrety. Jego firma działała w domu. Portrety, zbudowane zdecydowanymi szkicowymi kreskami, powstawały na podstawie przesłanych zdjęć. Stały się realnym źródłem zarobku, ale w sensie metaforycznym – jak można przeczytać w tekście towarzyszącym jego warszawskiej wystawie Prace domowe w Miejsce Projektów Zachęta (01.02 – 11.04.2021) – projekt Salamona był także śmieszno-gorzkim komentarzem do ekonomicznej sytuacji współczesnego artysty, pozostawionego samemu sobie w trudnych czasach zarazy.

Progi wielkich muzeów i współczesnych galerii to, jak widać, nie odległe galaktyki lecz kontynenty. Warto wytyczyć między nimi nowe morskie szlaki. Na szerokich wodach skojarzeń, nawiązań, inspiracji zdarzy się pewnie, że czasem wpłyniemy na rafy. Lecz cóż, ahoj przygodo! Wiedza jest czasem wyzwaniem.

Sztukomodnie obok modelu galeonu Batavia, Sien Wielka, wystawa Świat Rembrandta. Artyści. Mieszczanie. Odkrywcy” / 29.06–19.09 2021, Zamek Królewski w Warszawie

Felieton zainspirowany wystawą Świat Rembrandta. Artyści. Mieszczanie. Odkrywcy / 29.06–19.09 2021, Zamek Królewski w Warszawie

W kolażu/okładce do felietonu obok zdjęć dzieł sztuki opisanych dokładnie w felietonie użyto dodatkowo portretu autorstwa Macieja Salamona, źródło instagram artysty.

Opublikowane przez sztukomodnie

Monika Przypkowska ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1996 roku współpracuje z Zamkiem Królewskim a także innymi instytucjami zajmującymi się edukacją artystyczną: MNW, Dziecięcą i Młodzieżową Akademią Artystyczną, Mazowieckim Uniwersytetem III Wieku, Ursynowskim Uniwersytetem III Wieku, Studiem Sztuki, Zespołem Szkół Poligraficznych. Zawodowo związana z modą także jako: redaktor, stylistka i producent sesji zdjęciowych w takich pismach jak: Avanti, Jestem, Claudia, Moda Top.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: