Jak czytać obrazy?

Na zaproszenie Anny Niemczyckiej-Gottfried z portalu Rynek i Sztuka opowiadam o trzech wybranych przeze mnie dziełach sztuki z kolekcji Zamku Królewskiego w Warszawie, w którym pracuję. Zapraszam > Jak czytać obrazy? czas ok. 60 min

Mistrzowska machina, fetysz, dzieło sztuki

Zapis wykładu online z 19.09.2023 > Mistrzowska machina, fetysz, dzieło sztuki

Wykład dla Służewskiego Domu Kultury z cyklu Od stóp do głów


Większość europejskich religii i filozofii starało się za wszelką cenę oderwać myśl człowieka od jego ciała. Przekonanie, że jest ono inspiracją i narzędziem grzechu skazywało w kolejnych epokach różne jego części na swoisty ostracyzm czy też drastyczne praktyki modowe. Ukrywane i cenzurowane było jednak mimo wszystko najbardziej niepodważalnym dowodem ludzkiego istnienia. Zbliżający się technologiczny przełom, gdy – jak wieszczą futurolodzy – jaźń po śmierci ciała przenosić się będzie w sferę cyfrowego bytu, niech będzie zachętą, by na chwilę przed spełnieniem tej wizji przyjrzeć się z czułością ludzkim stopom, sercom czy twarzom. Ubrane w znaczenia i narracje są bohaterami sztuki dawnej i współczesnej i wiele nam o nas samych mówią.

Następne spotkanie z cyklu 10.10.2023 godz. 18 W cieniu figowego listka, wstęp wolny.

O cyklu:
Większość europejskich religii i filozofii starało się za wszelką cenę oderwać myśl człowieka od jego ciała. Przekonanie, że jest ono inspiracją i narzędziem grzechu skazywało w kolejnych epokach różne jego części na swoisty ostracyzm czy też drastyczne praktyki modowe. Ukrywane i cenzurowane było jednak mimo wszystko najbardziej niepodważalnym dowodem ludzkiego istnienia. Zbliżający się technologiczny przełom, gdy – jak wieszczą futurolodzy – jaźń po śmierci ciała przenosić się będzie w sferę cyfrowego bytu, niech będzie zachętą, by na chwilę przed spełnieniem tej wizji przyjrzeć się z czułością ludzkim stopom, sercom czy twarzom. Ubrane w znaczenia i narracje są bohaterami sztuki dawnej i współczesnej i wiele nam o nas samych mówią.

zapis opublikowany na FB Służewskiego Domu Kultury > Mistrzowska machina, fetysz, dzieło sztuki

Zamalowany papież Bartka Kiełbowicza

Czy wizerunek malarski jest tożsamy z istotą, którą przedstawia? Tym pytaniem można rozpocząć co najmniej kilka wątków wokół tej wystawy. Czy „pomnik” kogokolwiek prócz symbolicznego upamiętnienia jest jednocześnie wcieleniem tej postaci? W kulturze zachodnioeuropejskiej odpowiedź nie jest jednoznaczna. Zawieszeni pomiędzy pamięcią „pogańskiego kultu złotych cielców” a dewocją religijnych wizerunków mieszamy często obie kwestie, rozniecając spory nie mające zwykle wiele wspólnego z samą wiarą.

Kiedy w 2001 r. Rafał Bujnowski opracował Schemat malowania papieża, jednym z pytań, które jego praca podniosła było to, na co zwrócił uwagę w swoim tekście do wystawy Bartka Kiełbowicza Stach Szabłowski: „Im bardziej przedstawienie oddala się od ukazywanej realnej osoby, zbliżając się do formuły znaku, tym bardziej staje się tożsame z projektowanymi na tę osobę wyobrażeniami”. W skrócie, im więcej wyprodukujemy tej czy innej osobie „pomników”, tym bardziej odzieramy ją z prawdziwych cech osobniczych. Przechwytując jej wizerunek, fundujący ją oficjele wpisują w nią ustalone narracje, czyniąc zeń narzędzie do osiągnięcia własnych celów. Przy okazji wzoszą też mur obostrzeń wykluczający jakąkolwiek możliwość ewentualnej krytycznej dyskusji dotyczącej głównego bohatera.

Rafał Bujnowski, Schemat malowania papieża, 2001

Bujnowski zwracał uwagę na ogromną moc obrazów w zmitologizowaniu komunikacji publicznej i społecznej. Co oczywiste, odnosił się także do specyficznego stosunku rodaków do papieża Polaka. A o co pyta Kiełbowicz odwołując się do projektu Bujnowskiego sprzed ponad 20 lat?

Bartłomiej Kiełbowicz, Zamalowany papież, 2023

Artysta wykorzystał własną formułę zamalowywania obrazów wcześniej już przez siebie namalowanych. Jego realizacje tego typu były w jakiejś mierze podkreśleniem intymności aktu tworzenia. Motywy biograficzne kryjąc się pod cienką warstwą farby wystawione były wszak na widok publiczny. Po latach ten formalny zabieg nie jest już jednak kurtyną, która opiekuńczo skrywa prywatne tajemnice malarza. Jest głosem/gestem w publicznej rozmowie, pytaniem i krytyką. Artysta, który od dawna angażuje się także poprzez swoją sztukę w bieżące sprawy, jest blisko najdrażliwszych i palących tematów, a tym razem dotyka spraw dla wielu najdelikatniejszych. Czy kogoś obraża?

Bartłomiej Kiełbowicz, Zamalowany papież, 2023

Każdy z nas obraża się subiektywnie wedle własnych standardów, trudno więc o jednoznaczną i prostą odpowiedź. Osobiście myślę jednak, że nie obraża, a prowokuje… do rozmowy – a zawsze przecież warto rozmawiać. Najlepiej wspólny dialog rozpocząć bez założonej z góry tezy, dopuścić prawdę do głosu nawet, jeśli jest mało wygodna. Ten proces obłożony jest ryzykiem błędu, ale jak uczy historia, nie podjęcie wysiłku i tak kończy się upadkiem podtrzymywanych w jedynie słusznej formie mitów. Bardzo sprawnie dobija je zwykle nie huk medialnych wystrzałów, lecz gombrowiczowski rechot.


Zamalowany papież, Bartłomiej Kiełbowicz, Warszawa, galeria Marszałkowska 18, 4-10.09.2023

Sport to zdrowie… i pot, i krew, i łzy

Rywalizacja – instynkt stary jak świat, bo teoria ewolucji każe się domyślać, że wcale nie ludzie ją wymyślili, ale to ludzkość właśnie wywindowała ją na wyższy „level”. Starożytna idea olimpijskich laurów składając zielony wieniec na skroniach „pierwszego” ugruntowała w nas poczucie, że to ten jeden jest najlepszy, inni są już tylko po nim. Osobiście przyznam, rywalizacji nie znoszę, nawet planszówki, do których okazjonalnie rodzinnie zasiadam, nie są w stanie obudzić we mnie zaciętego uczestnika „gry o tron”. Wiem jednak, że ta emocja jest kołem zamachowym postępu, że to instynkt, który ciągnie nas cywilizacyjnie do przodu. W każdej dziedzinie: naukowej, artystycznej i sportowej to owi „pierwsi” przechodzą do panteonu sław i pamięci historycznej, stają się częścią dziedzictwa lokalnego, ba globalnego nawet. Jednak wydłużającej się z kolejnymi epokami liście słusznie i chlubnie opromienionych złotem zwycięstwa towarzyszy także inna zgoła lista: nieczystych chwytów, podstępów, oszustw i gwałtów. Właśnie takie, ambiwalentne wobec olimpijskiej idei, uczucia towarzyszą oglądającym wystawę Sport games w radomskiej Elektrowni.

Zgodnie z antycznym pojęciem kalokagatia – uproszczonym mocno do powszechnie znanego dziś powiedzenia w zdrowym ciele zdrowy duch – tylko sprawne i piękne ciało zapewnić miało szlachetność duszy i życia. Jednak zgodnie ze wskazówkami Platona, ideałem arystokratycznego wychowania był wszechstronny rozwój osobowości sportowca, nie ograniczający się jedynie do sfery biologicznej. Filozof podkreślał, że należy zacząć od kształcenia duszy tj. wychowania muzycznego, bo to muzyka kształtuje wrażliwość i pozwala na odbiór piękna. Celem gimnastyki dla Greków nie było więc zbudowanie atletycznego i harmonijnego ciała, ale poprzez ćwiczenia gimnastyczne i sportową rywalizację wypracowanie najbardziej wówczas pożądanej cechy ducha, to jest odwagi.

Brad Walls

Wznowienie idei olimpijskiej w epoce nowożytnej powiązane było ze starożytnym łączeniem w całość sportu z edukacją kulturalną, bo jak mawiał Pierre de Coubertin, odpowiedzialny za wskrzeszenie igrzysk Pozbawione aury konkursów artystycznych, igrzyska olimpijskie są jedynie mistrzostwami świata. Musimy połączyć więzami prawowitego małżeństwa dawno rozłączoną parę – Ciało i Umysł. Od 1912 do 1948 roku przyznano aż 151 medali za prace z dziedziny sztuk pięknych inspirowane sportowymi wyczynami, były wśród nich medale przyznane także artystom polskim. Stąd, już na początku radomskiej wystawy, w niepozornej szklanej gablocie, wita wchodzących zdjęcie Józefa Klukowskiego i jego złoty medal zdobyty w 1932 roku na Olimpijskim Konkursie Sztuki i Literatury w Los Angeles za rzeźbę Wieńczenie zawodnika.

Środowisko czynnych zawodowo, „profesjonalnych” artystów od samego początku było z tej rywalizacji wykluczone, piękna idea w końcu więc się jednak wypaliła. Mimo to synteza „ciała i ducha” uwodzi kolejne pokolenia. Narracje dotyczące sportu i bycia fit ładnie sklejają się z godną pochwały promocją zdrowego trybu życia ale historia uczy, że potrafią także z wyjątkowo parszywymi totalitaryzmami (Erwin Wyjadłowski, Podpora, 2018 Gry i zabawy, 2020).

Współcześnie pazernie dobrał się do niej drapieżny konsumpcjonizm, fetyszyzując wybrane marki i modelując wizerunek medialny sportowców na poziomie herosów otoczonych niemal boskim kultem (Łukasz Rudecki, Święta Jadw(IGA) królowa Polski, 2023, Łapacz łez, 2023, Ekstaza świętej Simony, 2023).

Starożytna cnota „odwagi”, zastrzeżona przecież w realiach polis jedynie dla męskiej części społeczności, swój odpowiednik znalazła też niestety w maczystowskiej strukturze świata sportu XX wieku zdominowanego przez patriarchalny system zawodników, trenerów i działaczy, wśród których niestety znajdują się ci, którzy wykorzystują swoją pozycję i władzę (Piotr Gromniak, Submmision, Poddanie, 2023Chuh, 2021 Evgen Čopi Gorišek, The secret to success, 2020).

Jeśli, wśród tak wielkiej ilości dobrych i wyrównanych prac zgromadzonych na wystawie miałabym pokusić się o wskazanie wyjątkowych z pewnością byłyby to wczesne prace Ewy Juszkiewicz – kojarzącej się przede wszystkim z serią historyzujących portretów kobiet o twarzach zasłoniętych zwojami materiału. Wspólnym mianownikiem jej zaprezentowanego w Elektrowni dyptyku jest „korekta.” Medyczne inklinacje tego określenia w języku potocznym kojarzą się także z normami i dowartościowaniem grupy spełniającej ustalone wytyczne oraz wykluczeniem tych, którzy choćby na cal od nich odstają. Zdeformowane twarze i niezgrabność sylwetek, ustawionych w rzędach potwornych dzieci Juszkiewicz przywołują wspomnienia ze szkolnych sal gimnastycznych i kółek sportowych. Pacynkowate zombie-dzieci Wojtkiewicza wydają się przy stworzonych przez artystkę postaciach sympatycznymi kukiełkami i tylko pytanie, kto uczynił z nich tak mało wdzięczne postaci oskarżycielsko zwraca palec w kierunku cenzurującego wszystko i wszystkich świata dorosłych.

Zresztą i wśród tych ostatnich nie brak dobrowolnych ofiar wyśrubowanych standardów dotyczących cielesności. Wśród karnetowych niewolnic osiedlowych klubów fitness i domowych karimat prym wydają się wieść „kobiety sukcesu”; rynek pracy pożąda przecież elastyczności i temperamentu, gdy celem jednak nie jest zdrowie lecz oszukanie czasu, trudno o idealny balans duszy i ciała (Agata Zbylut, Insta exercises, 2017-18).

Agata Zbylut, Insta exercises, 2017-2018

Muszę przyznać, że szczególnie zapadła mi w pamięć praca japońskiego malarza, rzeźbiarza i performera mieszkającego w Nowym Jorku. Obraz i video Ushio Shinohara (ur. 1932) zaprezentowany w Elektrowni pochodzi z jego najbardziej znanej wielkoformatowej serii Boxing Painting, która swoje początki miała w latach 60. XX wieku.

Ushio Shinohara,

Na fali ówczesnego tzw. malarstwa gestu (action painting) artysta tworzył prace, w których, jak podkreślał, to nie obrazy stanowiły dzieło sztuki, lecz proces ich powstawania. W Radomiu zatem obok papieru „zbitego” tuszem odciskających się na nim bokserskich rękawic można obejrzeć także zapis video akcji jego „malowania”. Beznadziejność czynu skazanego na porażkę, zapis „walki artysty z betonem”, a właściwie galeryjną ścianą przyprawiła mnie o prawdziwe dreszcze. Ta zaskakująca wariacja starcia Dawida z Goliatem stała się w moich oczach nieprawdopodobnie poruszajacą apoteozą ludzkiego (także sportowego) wysiłku i zmagania, więcej nawet ważącego od potencjalnego zwycięskiego końca.


Wystawa: Sport Games, Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu, 17.06—10.09.2023, kuratorzy: Łukasz Rudecki, Paweł Witkowski

Marta Nadolle i jej arkadyjskie pułapki

W nadziei na obiecaną nagrodę rajskiej czy też konsumpcyjnej szczęśliwości w starciu z dniem codziennym świat dopinguje nas hasłami w rodzaju “nie histeryzuj, nie płacz, musisz więcej pracować, dasz radę”. Przeciążeni listą spraw “zawsze koniecznych do załatwienia”, marzymy o arkadyjskiej utopii “nic nie robienia” i nagradzamy się stertą zbędnych zakupów. O Arkadii i współczesnych centrach handlowych, o wysiłku i złudnej obiecanej nagrodzie Sztukomodnie w rozmowie z artystką Martą Nadolle.

Marta Nadolle i jej arkadyjskie pułapki , audycja z 17.07.2023

Artystka i Sztukomodnie podczas wydarzenia z cyklu „Klucz w Zamku”, Zamek Królewski w Warszawie, 21.06.2023

Okładka: Marta Nadolle, Sama za to zapłaciłam, drewno, 56 x 24 x 20, 2022 r., 21.06.2023 wydarzenie Klucz w Zamku w Przedpokoju Oficerskim, Apartamentu Królewskiego, źródło zdjęcia > Edukacja w Zamku Królewskim w Warszawie


Sztukomodnie w Radio z Qlturą– tematami mojej autorskie audycji są nieoczywiste związki sztuki dawnej i współczesnej. Często powracającymi motywami są feministyczny punkt widzenia oraz niekonwencjonalnie ujęty temat mody, poruszane także w spotkaniach z ciekawymi gośćmi ze świata sztuki.

Aleksandra Jastrzębska. Wynaturzenia

Obrazy Aleksandry Jastrzębskiej to liryzm i osobliwe poczucie humoru w jednym. W swojej klarownej plastycznej syntezie artystka domyka surrealność z encyklopedyczną inspiracją przyrodą. Fascynacja bogactwem mikrokosmosu pozwala w tych kompozycjach dłoni rozkwitać nenufarem, źrenicy wilgocią sadzawki, a zieleni wspiąć się finezyjnym ażurem. Smutek jest u Jastrzębskiej cichy, a radość łagodna. Szpikulec wbity w kwaśny miąższ owocu boli, lecz ciernie róży „pociesznie” tulą się do siebie. To, co gra w pracach artystki pozór skromności i prostoty, tchnie jednak maksymalnym skupieniem. W podróży od człowieka do natury i z powrotem, w potknięciach jej pędzla wykalkulowanych czy przypadkowych, jest wierność swojej dopiero co obranej twórczej drodze.

Aleksandra Jastrzębska, Wynaturzenia, Karrotkawaikultura, 05.08.2023

Tekst do wystawy Sztukomodnie

Gimnastyczki

Zwinne, gibkie, dziewczęce, w ułamku sekundy ciałem zakreślały w powietrzu swoje arabeski, łamiąc wszelkie prawa fizyki. Fenomenalne i wyjątkowe ściągały na siebie w dekadzie lat 70. uwagę międzynarodowych fleszy. Ten blask siłą rzeczy opromieniał także barwy ich narodowych flag. Po prawie pół wieku owe flagi zupełnie inaczej się dzisiaj prezentują, a o wyjątkowej Oldze Korbut z Białorusi (wówczas ZSRR) i Nadii Comaneci z Rumunii pamiętają już chyba tylko fani gimnastyki akrobatycznej starszego i średniego pokolenia.

Biografie tych gimnastyczek wypełnione są aż nadto dowodami na bezduszność dorosłych, którzy żerowali na ich talencie i pracowitości. To także historie ilustrujące bezbronność jednostek wobec totalitarnych systemów bezwzględnie je wykorzystujących. Propaganda wewnętrzna i zewnętrzna uformowała mechanizm, w którym dziecięce sprawności wyśrubowane masakrycznym treningiem, nie ukrócone zdrowym rozsądkiem, przynosiły pożądane przez ówczesnych notabli Breżniewa i Ceaușescu złote medale na sportowych olimpiadach. Obie dziewczyny traktowano jak „dobro narodowe”, w pełni je kontrolowano; zachęcane były do wykonywania ryzykownych choreografii, które wkrótce zresztą oficjalnie zostały zabronione. Ich zwinne ciała wiły się wokół drążków, wykorzystywane ku chwale dyktatorów, ale też w aplauzie i zachwycie reszty świata. Swoimi wyczynami młode gimnastyczki wprawiały w zachwyt miliony, budząc w oglądających cały wachlarz emocji, także męskie zauroczenie.

Wystawa w Fundacji Dzielna to dopiero moje drugie spotkanie z drewnianymi rzeźbami Bogdana Ziętka (1932-2018). Muszę przyznać, za każdym razem uczucia mam mieszane. Jeśli sięgnąć po ekspercką pomoc i szukać publikacji fachowych, czy też komentarzy w mediach społecznościowych, nie trudno stwierdzić, że i tu – ten twórca i jego dzieło – budzą dość sprzeczne emocje. Kim więc był Ziętek? Amatorem, nie oszlifowanym diamentem, czystą plastyczną intuicją, przebłyskiem niewykoncypowanej intelektualnie wytwórczości? A może jego figury drewnianych kobiet to jednak nie „dzieła sztuki” lecz działanie podszyte jedynie erotycznym pragnieniem?

Bogdan Ziętek, Krystyna, lata 90, wystawa w Fundacja Dzielna

Szukając informacji o nim przeczytałam, że podobno już w szkole zauważono, że wyróżnia się zdolnościami plastycznymi; nazywano go nawet Matejką. Sztuka – obok zawodowej pracy fizycznej (Grochowskie Zakłady Magnetyzowe) – stała się pasją i chyba także wentylem bezpieczeństwa jego obsesji. Pierwszej wyrzeźbionej kobiecie nadał imię Ewa. Ubierał je, rozbierał, mył i czesał, szył sukienki, kupował bieliznę. Powstawały w różnych rozmiarach, małe i duże, łącznie prawie 200. Jego dom w Brzezinach na Śląsku pełen był takich wypielęgnowanych i zadbanych „pięknych” kobiet, ale też jego obrazów, szkiców, fotografii, także zdjęć wspomnianych gimnastyczek wykonanych w czasie telewizyjnych transmisji, które inspirowały akrobatyczne pozy niektórych z jego figur.

Bogdan Ziętek, Krystyna, 1989, w tle animacja Agnieszki Polskiej Ćwiczenia korekcyjne, wystawa w Fundacja Dzielna

Ziętek musiał ponoć strzec swoje dziewczyny przed zazdrością żony, której konfuzję – jeśli prawdą jest, że z niektórymi sypiał – rozumiem. Niechętnie rozstawał się ze swoimi rzeźbami, ale też przez dekady nie bardzo miewał do tego powody, bo jego twórczość nie cieszyła się zainteresowaniem ze strony PRL-owskich instytucji. Muzea i galerie wymagały przedłożenia akademickiego dyplomu, którego jako amator nie miał, a spółdzielnie rękodzieła ceniły jedynie to, co od pierwszego rzutu oka było „ludowe”. Prężące się w skąpych majtkach, obcisłych sukienkach i bluzkach drewniane kobiety Ziętka nijak miały się do lalek w strojach regionalnych. Zainteresowanie prywatnych kolekcjonerów, pierwsze wystawy zbiorowe i indywidualne (Muzeum Mazowieckie w Płocku, 2010; Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu, 2015) w końcu przyszły, ale w sumie dosyć późno.  

Oczywiście sportowe młode kobiece ciało pojawiało się w sztuce XX wieku już wcześniej. Pierwszym z brzegu, zwłaszcza w kontekście politycznej propagandy, są kadry z niemieckiego filmu Leni Riefenstahl o berlińskiej olimpiadzie z 1936 r. Odnaleźć je można także w mniej kontrowersyjnej twórczości tego samego okresu polskiej artystki Hanny Milewskiej, której drzeworyt Gra w siatkówkę z 1933 r. można obecnie oglądać na krakowskiej wystawie Wilno, Vilnius, Vilne 1918–1948. Jedno miasto – wiele opowieści. Nie jest zaskakujące, że kobiece ciało, ulegając artystycznym odkształceniom wedle oka kobiet o tak różnych wizjach plastycznych, czy to w stronę heroizacji, czy też ekspresjonistycznej deformacji, nie poddawane jest właściwie żadnego rodzaju erotyzacji. Podobnie nie odnajdzie się jej w animacji Ćwiczenia korekcyjne Agnieszki Polskiej z 2008 r., którą kuratorka wystawy w Fundacji Dzielna zestawiła z rzeźbami Ziętka. Nie są to więc przykłady w sztuce stanowiące dobry punkt odniesienia dla twórczości tego domorosłego artysty. Można natomiast pokusić się o przywołanie w jego kontekście obrazów jednego z klasyków polskiego malarstwa XX wieku Jerzego Nowosielskiego. 

Jego malowane w latach 50. Gimnastyczki postrzegane były przez niektórych jako kompromis artysty z postulatami epoki. Jerzy Tchórzewski – jak przytacza Krystyna Czerni w swojej biografii Nowosielskiego – określił je później, że są dziećmi socrealizmu z nieprawego łoża, i to dziećmi udanymi. Sam malarz tymczasem w jednej z wypowiedzi bezpruderyjnie przyznawał: Mnie sport interesuje jako manifestacja nagości. Sport to jest zastępcza aktywność człowieka tęskniącego za autentycznym przeżyciem erotycznym. Krzepkie, przysadziste, o ciałach jędrnych i „biodrzastych” otoczone są na tych obrazach opresyjną obecnością milczących i ubranych po same uszy mężczyzn. Prymitywizująca forma i umowność proporcji, wreszcie podobieństwo tematu u obu artystów, mimo tak wielu różnic: życiowej sytuacji, intelektualnego i artystycznego zaplecza, skłaniać może na pierwszy rzut oka do stawiania znaku równości pomiędzy ich pracami a jednak… Podskórna erotyka Nowosielskiego jest i jednocześnie jej nie ma. Jego kompozycje to prowokacyjna zagwozdka, gdy tymczasem kobiety Ziętka zbytnio się jak na mój gust „mizdrzą”, są zamkniętą, podaną na tacy treścią. Siostrzeństwo na koniec jednak niech zwycięża. Świetnie, że wyszły z ukrycia. Niech jak najczęściej ożywają w polskich galeriach. 


Wystawa: Polska/Ziętek GIMNASTYCZKA, Fundacja Dzielna 13.05—22.07.2023, kuratorka: Zofia Płoska-Czartoryska

Nie tylko Mondrian. Abstrakcja i moda symultaniczna

Nie tylko Mondrian. Abstrakcja i moda symultaniczna cykl wykładów dla Służewskiego Domu Kultury

Kiedy Sonia Delaunay porzuciła malarstwo i zaczęła projektować ubrania i dekoracje do wnętrz, modowe propozycje traktowała nie jako chęć narzucenia trendów, ale jako sposób przełożenia na tkaninę swoich symultanicznych kompozycji. Te projekty odzwierciedlać miały, podobnie jak jej wcześniejsze obrazy, ducha nowoczesności, nadchodzącą epokę szybkich samochodów i samolotów. Podobnie Yves Saint Laurent tworząc w 1965 roku słynną mondrianowską suknię przywołał klasyka awangardy odnajdując w nim idealną propozycję dla pokolenia nie obciążonego traumą II wojny światowej, pokolenia śmiało patrzącego w przyszłość i zafascynowanego kosmosem. Moda zbudowana na silnych kontrastach barwnych i geometrycznych strukturach, zainspirowana abstrakcją geometryczną, nigdy nie była i nie jest propozycją dla nieśmiałych. A jednak w złych czasach warto się jej przyjrzeć, dodawać może bowiem nadziei na to, że nadejdą wreszcie te lepsze.

O cyklu:
Czy można ubrać się w obraz? Można i to dosłownie, bo cytaty z najsłynniejszych muzealnych płócien pojawiają się na pokazach mody czasem w wyjątkowo zaskakujących kompilacjach i przetworzeniach. Podczas naszych spotkań będziecie mogli podziwiać spektakularne projekty takich twórców mody jak Vivienne Westwood, Dolce & Gabbana, Elsa Schiaparelli czy Yves Saint Laurent, ale też przekonacie się jak bardzo sztuka dawna i współczesna pozostawała i pozostaje dla tych kreatorów ważnym punktem odniesienia. Obok ubiorów, znanych często z czerwonego dywanu, naszymi bohaterami będą także jedne z najważniejszych dzieł sztuki europejskiej.

Arkadyjskie pułapki

Twórczość współczesnej artystki młodego pokolenia Marty Nadolle dotyka jej najbliższej codzienności. W świadomie prymitywizującej formie opowiada ona, podobnie jak dawne ludowe przyśpiewki, o prawdziwym życiu i jego wyzwaniach. Żali się na kłopoty w relacjach z bliskimi i w pracy, cieszy cielesną miłością, martwi finansami. Z góry założona swoista naiwność tych narracji nie infantylizuje bynajmniej uniwersalnej tematyki. Co ciekawe, z lekka jakby ciosane rzeźbiarskie i malarskie kompozycje przenoszą całą problematykę w sferę bliżej i dalej określonej Arkadii. Potraktowane niby figlarnie i z przymrużeniem oka wszystkie bolączki młodej kobiety i artystki mogą być przecież łatwo – co wmawiają spece od marketingu i reklamy – zażegnane, a strefa wytchnienia jest bliska i na wyciagnięcie dłoni.

Zestawienie, w kolejnej odsłonie Klucza w Zamku, cyklu Pejzaży arkadyjskich Jurriaana Andriessena z ok. 1777 roku (kolekcja Zamku Królewskiego w Warszawie) oraz rzeźby Marty Nadolle, Sama za to zapłaciłam z roku 2022 będzie okazją do krytycznej analizy toposu mitycznej Arkadii. Od antyku po współczesność może być ona czytana nie tylko jako piękna skądinąd opowieść o czekającej ludzkość krainie harmonii, lecz być także skuteczną pro systemową przynętą. W nadziei bowiem na obiecaną nagrodę rajskiej czy też konsumpcyjnej szczęśliwości dopingujące: „nie histeryzuj, nie płacz, musisz więcej pracować, dasz radę” – skutecznie formatuje potencjalne rewolucjonistki i rewolucjonistów do roli użytecznych i uległych.

Pokaz rzeźby Marty Nadolle Sama za to zapłaciłam, drewno, 56 x 24 x 20, 2022 r. w dniu wydarzenia w Przedpokój Oficerski, Apartament Królewski


Tekst do wydarzenia Marta Nadolle & Jurriaan Andriessen. Arkadyjskie pułapki z cyklu Klucz w Zamku, który prowadzę w Zamku Królewskim w Warszawie / 21.06.2023

Klucz w Zamku – mój autorski cykl spotkań na żywo z polskimi artystkami i artystami w przestrzeni ekspozycyjnej Zamku Królewskiego w Warszawie. Podczas wydarzenia dzieło sztuki współczesnej, zestawiane jest z wybranym obiektem z kolekcji muzealnej, wchodzi z nią w ciekawy i intrygujący dialog, ujawniając nieoczywiste na pierwszy rzut oka związki, inspiracje, zapożyczenia z epok minionych. To propozycja dla miłośników sztuki współczesnej, ale i tej dawnej, bo kluczem do zrozumienia „dzisiaj” jest „wczoraj”, także w sztuce. WSTĘP WOLNY. Wejście na wydarzenie Bramą Senatorską od strony Pałacu Ślubów (plac Zamkowy 6). 

Więcej informacji o cyklu > na stronie internetowej Zamku.

Źródło zdjęć > Edukacja w Zamku Królewskim w Warszawie

Surrealistyczna Elsa Schiaparelli dawniej i dzisiaj

Surrealistyczna Elsa Schiaparelli dawniej i dzisiaj cykl wykładów dla Służewskiego Domu Kultury

Z perspektywy królujących wiosną na ulicach dżinsów i T-shirtów typu unisex słynny kapelusz Elsy Schiaparelli w formie buta, czy też jej żakiet z szufladkami, prezentują się nieco kuriozalnie. Z drugiej jednak strony, tyleż efemeryczne, co radykalne trendy rządzące współczesnym streetowym ubiorem – a nie tylko odjechane kreacje celebrytów – są żywym dowodem na to, iż ubiór nie jest i chyba nigdy nie był jedynie ochroną przed chłodem i deszczem. Po krótkiej pandemicznej przerwie, która wydała z siebie kolekcje „dresowatych wdzianek”, wybiegi słynnych domów mody znowu zapełniły się odklejonymi od potrzeb zwykłych ludzi propozycjami. Zamiast dystansować się od nich i złośliwie obśmiewać, można je przejrzeć z bliska i odnaleźć w nich intrygującą ilustrację współczesnych zjawisk i narracji.

O cyklu:
Czy można ubrać się w obraz? Można i to dosłownie, bo cytaty z najsłynniejszych muzealnych płócien pojawiają się na pokazach mody czasem w wyjątkowo zaskakujących kompilacjach i przetworzeniach. Podczas naszych spotkań będziecie mogli podziwiać spektakularne projekty takich twórców mody jak Vivienne Westwood, Dolce & Gabbana, Elsa Schiaparelli czy Yves Saint Laurent, ale też przekonacie się jak bardzo sztuka dawna i współczesna pozostawała i pozostaje dla tych kreatorów ważnym punktem odniesienia. Obok ubiorów, znanych często z czerwonego dywanu, naszymi bohaterami będą także jedne z najważniejszych dzieł sztuki europejskiej.

zapis opublikowany na FB Służewskiego Domu Kultury > Surrealistyczna Elsa Schiaparelli dawniej i dzisiaj