Zapis wykładu online z 10.10.2023 > W cieniu figowego listka
Wykład dla Służewskiego Domu Kultury z cyklu Od stóp do głów
W 1857 r. Wielki Książę Toskanii ofiarował królowej Wiktorii masywny odlew rzeźby „Dawida” Michała Anioła. Nagość renesansowego posągu wstrząsnęła władczynią, zamówiono więc gipsowy listek figowy, którym „uzupełniono” rzeźbę, by przy następnej wizycie nie narażać jej na podobnie silne emocje. Intymne części ciała – do niedawna jedyne wyznaczniki definiujące płeć biologiczną człowieka – wciąż pozostają zapalnikiem wyobraźni i przedmiotem zainteresowania zarówno tworzących dzieła sztuki, jak i jej odbiorców. Przez środowiska konserwatywne wiązane przede wszystkim z prokreacją, przez osoby liberalne – ze zmysłową przyjemnością, podlegały przez wieki publicznemu ostracyzmowi, by wreszcie wybić się na niepodległość w sztuce współczesnej otwarcie podejmującej wątki seksualności. Niegdysiejsi bohaterowie rubasznych ludycznych przyśpiewek i ocierających się o pornografię dzieł sztuki zamkniętych w najbardziej strzeżonych częściach kunstkamer są teraz także opowieścią o mechanizmach władzy, pięknie biologii i magicznej metafizyce, które wypełniają ludzi tworząc jedność z ich naturalnymi popędami.
Następne spotkanie z cyklu 21.11.2023 godz. 18 Po nitce do serca. Od Chiharu Shioty do Banksy’ego, wstęp wolny.
O cyklu: Większość europejskich religii i filozofii starało się za wszelką cenę oderwać myśl człowieka od jego ciała. Przekonanie, że jest ono inspiracją i narzędziem grzechu skazywało w kolejnych epokach różne jego części na swoisty ostracyzm czy też drastyczne praktyki modowe. Ukrywane i cenzurowane było jednak mimo wszystko najbardziej niepodważalnym dowodem ludzkiego istnienia. Zbliżający się technologiczny przełom, gdy – jak wieszczą futurolodzy – jaźń po śmierci ciała przenosić się będzie w sferę cyfrowego bytu, niech będzie zachętą, by na chwilę przed spełnieniem tej wizji przyjrzeć się z czułością ludzkim stopom, sercom czy twarzom. Ubrane w znaczenia i narracje są bohaterami sztuki dawnej i współczesnej i wiele nam o nas samych mówią.
O domu, który daje nam ciepło i schronienie, czuwa nad nami ale jest też punktem wyjścia do rozmowy o kryzysie bezdomności we współczesnym świecie. O domu analizowanym jako skóra człowieka, jego ubranie i którego plany architektoniczne w zaskakujący sposób przenieść można w sferę sztuki abstrakcyjnego znaku. Monika Przypkowska w rozmowie z artystką Agnieszką Rożnowską i kuratorką wystawy Inés R. Artolą na wystawie Dom, skóra, ubraniew siedzibie Fundacji Dom Holenderski
Od lewej Monika Przypkowska (Sztukomodnie), Agnieszka Rożnowska, Ines Artola na wystawie „Dom, skóra, ubranie”, Dom Holenderski, 25.09.2023
Sztukomodnie w Radio z Qlturą– tematami mojej autorskie audycji są nieoczywiste związki sztuki dawnej i współczesnej. Często powracającymi motywami są feministyczny punkt widzenia oraz niekonwencjonalnie ujęty temat mody, poruszane także w spotkaniach z ciekawymi gośćmi ze świata sztuki.
Konsumowana w paryskim Luwrze przez miliony turystów rocznie Mona Lisa i Wenus z Milo koedukacyjnego odbiorcę masowego od dekad kołyszą w błogim przeświadczeniu, że XV-wieczne ciało śladem antycznego utoczone zostało z idealnie zbalansowanego konglomeratu dostojności i piękna. Ze szkolnych ław wynosimy dość sztampową regułkę, że humanistyczne zacięcie renesansu postawiło człowieka w swoim epicentrum, a odrodzenie sztuki portretowej jest tego najtwardszym dowodem. Jak dokładniej jednak ludzka cielesność przez antycznych była postrzegana i czy rzeczywiście muzealne ekspozycje starożytności, usiane dziesiątkami zgrabnych nagusów są odbiciem bezpruderyjności Greków i Rzymian? Cienki płaszcz podręcznikowej wiedzy wzbogacić zawsze warto dodatkową wiedzą, a trwająca jeszcze do połowy października zamkowa wystawa Przebudzeni daje właśnie świetną okazję, by na boku jej głównej narracji dojrzeć jeszcze i tę poboczną, o różnych rodzajach antycznego ciała i jego późniejszej recepcji.
ciało kolosalne
Widok jednej z sal wystawy Przebudzeni Ruiny antyku i narodziny włoskiego renesansu. Po lewej stronie gipsowy odlew dłoni i kuli fragmentu Kolosa Konstatyna, XIX w.
Widok kapitolińskich szczątków Konstantyna wprawia i dzisiaj niejednego w zdziwienie. Speszeni nadnaturalną skalą pomnikowej przeszłości mierzymy dłoń w dłoń i stopę w stopę z cesarskim wizerunkiem, rekonstruując w myśli i z podziwem proporcje kolosa, którego wielkość miała znaczenie. Źródeł tego antycznego monumentalizmu najlepiej szukać w państwie faraonów. Posągi Ramzesa II z Abu Simbel, jako inkarnacje królewskiego ducha, w idealnych proporcjach mieszały dawkę prestiżu i potęgi. Akrolitowy Konstantyn, podobnie jak wcześniejszy rzymski 35 metrowy Neron w roli Heliosa wiele mówią o ówczesnych ludziach władzy.
Gargantuiczna skala w politycznej propagandzie, która mocno zamieszała w głowach rzymskich imperatorów nie powróciła z pierwszą amatorsko-renesansową archeologią. Dostojnicy włoskich republik, europejskich królestw i księstewek chętnie powielali w XV wieku i później swoje ciała w powtórkach antycznych posągów konnych (Pomnik Gatamelatty) i kolumnowych (kolumna Zygmunta III Wazy), wobec wielkiej skali trzymali jednak zdroworozsądkowy dystans, a historie obalonej kilka dekad temu serii „leninów i stalinów” pokazują, że czynili dość roztropnie.
Pomiejszona brązowa replika antycznego posągu Marka Aurelisza na koniu, ok. 1528
ciało heroiczne
W lśniących olejkiem bicepsach strongmanów i toczonych bronzerem mięśniach współczesnych kulturystów odbija się wciąż żywa fascynacja potęgą herkulesowego ciała. Mityczny syn Zeusa z nieprawego łoża, przedstawiany przez antycznych jako mężczyzna w sile wieku i z bujną brodą, bywał w ich sztuce także rozkosznym brzdącem czy gładkolicym młodzieńcem, w nowożytności zyskał jednak przede wszystkim aparycję mocarnego belwederskiego torsu.
Gipsowy odlewTorsu Belwederskiego znajdującego się w Muzeach Watykańskich, oryginał z I w. p.n.e.
Ta bezgłowa, pozbawiona kończyn rzeźba, w zasadzie destrukt, mimo licznych ubytków fascynowała wielu gigantów renesansu, a w tym i samego Michała Anioła. Twardy i kruchy jednocześnie marmur zamyka w sobie opowieść o podwójnej naturze herosa. Boska perfekcja muskulatury gra tu pierwsze skrzypce, ale czy to jedyna wybrzmiewająca melodia? A jeśli moment, w którym podpatrujemy mitycznego bohatera, jest chwilą jego zadumy? Siłacz właśnie przysiadł. Chce się odwrócić? Może jest na rozstajach, może to chwila rozterki, którą opisywali antyczni? Herkulesowe zawieszenie pomiędzy Cnotą a Występkiem, bogiem, a człowiekiem trzeba przynać porusza i dzisiaj.
ciało atletyczne
Kiedy Greczynki z zacnych domów siedzieć musiały grzecznie pod kluczem, a biedniejsze pracowały przy zwierzętach lub w polu, młodzi bogaci Grecy uprawiali… gimnastykę. Odwaga, aktywność, zdrowa rywalizacja były tu głównym celem, atletyczne ciało efektem nieco ubocznym, lecz niezwykle przydatnym. W przestrzeni publicznej komunikowało wszem i wobec, że właściciel takiej sylwetki ma czas na sporty, bo nie musi zarabiać fizyczną pracą na życie.
Diadumenos, rzymski rzeźbiarz wg. Polikleta, II -III w.
Młodzieńcy trenowani byli przez zastępy swoich ojców, nauczycieli i mentorów w nakazie pełnej kontroli i panowania nad sobą. Ćwiczony od najmłodszych lat rygor hierarchicznej konstrukcji patriarchalnej odbił się poniekąd w matematycznym drylu kanonów wizerunku ludzkiego ciała. W rzeźbie wedle Polikleta stopa miała równać się 1/6 ciała, głowa – 1/8, dłoń 1/10. Zasada modułu – wytwarzająca „idealną” sztukę i model jedynie słusznej i akceptowalnej formuły porządku życia społecznego – jeszcze długo po antyku ciągnęły swoje narracje, ostrym klinem wbił się tu jedynie weryzm rzeźbiarskich rzymskich portretów, powracający kolejnymi przypływami „w” i „po” renesansie.
Andrrea del Verrocchio, Popiersie Francesca Sasettiego, 1465
ciało nieheteronormatywne
Chłodny nieco artystycznie przepis Polikleta uwodzicielsko rozwinął chwilę później Praksyteles. Wysmukłe, w esowatą linię skręcone postaci jego pięknych bogów żyją sobie niespiesznie, głównie odpoczywają. Ich kamienne ciała miękkie i delikatne, na skraju wieku męsko-chłopięcego przykuwają uwagę oczywistą dzisiaj niebinarnością. Wbrew pozorom jednak antyk nigdy nie był oficjalnie otwarty na queerowość. Zgodnie z ówczesną wykładnią moralności Greków młodzieniec – a więc przyszły wolny obywatel – nie mógł zostać przedmiotem dominacji i rozkoszy innego.
Torso Sassi, fragment rzeźby w typie Apollo Sauroktonos, 2. poł. I w. n.e.
Obsesja związana z aktem penetracji jako momentem utraty męskiej energii kazał ambiwalentnie podchodzić antycznym także do mitu Hermafrodyty. Jej/jego postać, łącząca pierwiastek męski i żeński chętnie była przedstawiana w ówczesnej sztuce, rodząc efekt przyjemności i zaskoczenia u odbiorcy. W prawdziwym jednak życiu (od 209 r. p.n.e. do 90 r. p.n.e.) osoby androgyniczne w starożytnej Grecji po wykryciu często po prostu zabijano.
Barry X Ball, bozzetto rzeźby amerykańskiego artysty z 2008 r. nawiązującego do Śpiącego Hermafrodyty Borghese (II w. p.n.e. i XVII w.)
ciało kobiece?
Odkryte krągłe piersi Hermafrodyty to jedynie przedsmak mnóstwa typów przedstawień muz, nimf i bogiń jeszcze hojniej prezentujących w antycznych rzeźbach intymne wdzięki. Skromność praksytelesowskich Wenus osłaniających swoją nagość, tych, które zdejmują sandał, czy tulą ciało dziecięcego Erosa to nie jest jednak opowieść o ludzkim pięknie. Perfekcyjna cielesność kobiecych sylwetek wydana męskiemu oku na pożarcie była nade wszystko atrybutem bogiń, a nie cechą sportretowanej konkretnej kobiety. Nawet jeśli do tej czy innej wersji olimpijskiej piękności pozowała wykształcona grecka hetera, rzeźba funkcjonowała nie jako wizerunek zwykłej ziemanki lecz niedościgły blask bytu wyższego. Pech i zgroza, że idea męskim okiem kształtowana i dla męskiego oka szykowana tak skutecznie wkręciła drugą połowę ludzkości w oceany niepotrzebnych kopmpleksów.
Wenus, zdejmująca sandał, II-III w.; Pier Maria Serbaldi da Pescia, Wenus i Amor, ok. 1510; Wenus Bartholoni w typie Afrodyty z Knidos, poł II w., kopia wg greckiego oryginału z poł. IV w. p.n.e.
Wizerunki bogów i ludzi, idealizowane i nieupiększone, mnogość schematów, celów, propagandy – cielesność antyku wyziera na Przebudzonych z każdej strony. Kontekst jego renesansowo pobudzonych kontynuatorów podbija tu jeszcze starożytną różnorodność zatem… wpaść na wystawę warto. Nie trzeba wcale obu epok oglądać na klęczkach ale można w nieoczywisty sposób w obu się zagłębić.
Na zaproszenie Anny Niemczyckiej-Gottfried z portalu Rynek i Sztuka opowiadam o trzech wybranych przeze mnie dziełach sztuki z kolekcji Zamku Królewskiego w Warszawie, w którym pracuję. Zapraszam > Jak czytać obrazy? czas ok. 60 min
Większość europejskich religii i filozofii starało się za wszelką cenę oderwać myśl człowieka od jego ciała. Przekonanie, że jest ono inspiracją i narzędziem grzechu skazywało w kolejnych epokach różne jego części na swoisty ostracyzm czy też drastyczne praktyki modowe. Ukrywane i cenzurowane było jednak mimo wszystko najbardziej niepodważalnym dowodem ludzkiego istnienia. Zbliżający się technologiczny przełom, gdy – jak wieszczą futurolodzy – jaźń po śmierci ciała przenosić się będzie w sferę cyfrowego bytu, niech będzie zachętą, by na chwilę przed spełnieniem tej wizji przyjrzeć się z czułością ludzkim stopom, sercom czy twarzom. Ubrane w znaczenia i narracje są bohaterami sztuki dawnej i współczesnej i wiele nam o nas samych mówią.
Następne spotkanie z cyklu 10.10.2023 godz. 18 W cieniu figowego listka, wstęp wolny.
O cyklu: Większość europejskich religii i filozofii starało się za wszelką cenę oderwać myśl człowieka od jego ciała. Przekonanie, że jest ono inspiracją i narzędziem grzechu skazywało w kolejnych epokach różne jego części na swoisty ostracyzm czy też drastyczne praktyki modowe. Ukrywane i cenzurowane było jednak mimo wszystko najbardziej niepodważalnym dowodem ludzkiego istnienia. Zbliżający się technologiczny przełom, gdy – jak wieszczą futurolodzy – jaźń po śmierci ciała przenosić się będzie w sferę cyfrowego bytu, niech będzie zachętą, by na chwilę przed spełnieniem tej wizji przyjrzeć się z czułością ludzkim stopom, sercom czy twarzom. Ubrane w znaczenia i narracje są bohaterami sztuki dawnej i współczesnej i wiele nam o nas samych mówią.
Czy wizerunek malarski jest tożsamy z istotą, którą przedstawia? Tym pytaniem można rozpocząć co najmniej kilka wątków wokół tej wystawy. Czy „pomnik” kogokolwiek prócz symbolicznego upamiętnienia jest jednocześnie wcieleniem tej postaci? W kulturze zachodnioeuropejskiej odpowiedź nie jest jednoznaczna. Zawieszeni pomiędzy pamięcią „pogańskiego kultu złotych cielców” a dewocją religijnych wizerunków mieszamy często obie kwestie, rozniecając spory nie mające zwykle wiele wspólnego z samą wiarą.
Kiedy w 2001 r. Rafał Bujnowski opracował Schemat malowania papieża, jednym z pytań, które jego praca podniosła było to, na co zwrócił uwagę w swoim tekście do wystawy Bartka Kiełbowicza Stach Szabłowski: „Im bardziej przedstawienie oddala się od ukazywanej realnej osoby, zbliżając się do formuły znaku, tym bardziej staje się tożsame z projektowanymi na tę osobę wyobrażeniami”. W skrócie, im więcej wyprodukujemy tej czy innej osobie „pomników”, tym bardziej odzieramy ją z prawdziwych cech osobniczych. Przechwytując jej wizerunek, fundujący ją oficjele wpisują w nią ustalone narracje, czyniąc zeń narzędzie do osiągnięcia własnych celów. Przy okazji wzoszą też mur obostrzeń wykluczający jakąkolwiek możliwość ewentualnej krytycznej dyskusji dotyczącej głównego bohatera.
Rafał Bujnowski, Schemat malowania papieża, 2001
Bujnowski zwracał uwagę na ogromną moc obrazów w zmitologizowaniu komunikacji publicznej i społecznej. Co oczywiste, odnosił się także do specyficznego stosunku rodaków do papieża Polaka. A o co pyta Kiełbowicz odwołując się do projektu Bujnowskiego sprzed ponad 20 lat?
Bartłomiej Kiełbowicz, Zamalowany papież, 2023
Artysta wykorzystał własną formułę zamalowywania obrazów wcześniej już przez siebie namalowanych. Jego realizacje tego typu były w jakiejś mierze podkreśleniem intymności aktu tworzenia. Motywy biograficzne kryjąc się pod cienką warstwą farby wystawione były wszak na widok publiczny. Po latach ten formalny zabieg nie jest już jednak kurtyną, która opiekuńczo skrywa prywatne tajemnice malarza. Jest głosem/gestem w publicznej rozmowie, pytaniem i krytyką. Artysta, który od dawna angażuje się także poprzez swoją sztukę w bieżące sprawy, jest blisko najdrażliwszych i palących tematów, a tym razem dotyka spraw dla wielu najdelikatniejszych. Czy kogoś obraża?
Bartłomiej Kiełbowicz, Zamalowany papież, 2023
Każdy z nas obraża się subiektywnie wedle własnych standardów, trudno więc o jednoznaczną i prostą odpowiedź. Osobiście myślę jednak, że nie obraża, a prowokuje… do rozmowy – a zawsze przecież warto rozmawiać. Najlepiej wspólny dialog rozpocząć bez założonej z góry tezy, dopuścić prawdę do głosu nawet, jeśli jest mało wygodna. Ten proces obłożony jest ryzykiem błędu, ale jak uczy historia, nie podjęcie wysiłku i tak kończy się upadkiem podtrzymywanych w jedynie słusznej formie mitów. Bardzo sprawnie dobija je zwykle nie huk medialnych wystrzałów, lecz gombrowiczowski rechot.
Rywalizacja – instynkt stary jak świat, bo teoria ewolucji każe się domyślać, że wcale nie ludzie ją wymyślili, ale to ludzkość właśnie wywindowała ją na wyższy „level”. Starożytna idea olimpijskich laurów składając zielony wieniec na skroniach „pierwszego” ugruntowała w nas poczucie, że to ten jeden jest najlepszy, inni są już tylko po nim. Osobiście przyznam, rywalizacji nie znoszę, nawet planszówki, do których okazjonalnie rodzinnie zasiadam, nie są w stanie obudzić we mnie zaciętego uczestnika „gry o tron”. Wiem jednak, że ta emocja jest kołem zamachowym postępu, że to instynkt, który ciągnie nas cywilizacyjnie do przodu. W każdej dziedzinie: naukowej, artystycznej i sportowej to owi „pierwsi” przechodzą do panteonu sław i pamięci historycznej, stają się częścią dziedzictwa lokalnego, ba globalnego nawet. Jednak wydłużającej się z kolejnymi epokami liście słusznie i chlubnie opromienionych złotem zwycięstwa towarzyszy także inna zgoła lista: nieczystych chwytów, podstępów, oszustw i gwałtów. Właśnie takie, ambiwalentne wobec olimpijskiej idei, uczucia towarzyszą oglądającym wystawę Sport games w radomskiej Elektrowni.
Zgodnie z antycznym pojęciem kalokagatia – uproszczonym mocno do powszechnie znanego dziś powiedzenia w zdrowym ciele zdrowy duch – tylko sprawne i piękne ciało zapewnić miało szlachetność duszy i życia. Jednak zgodnie ze wskazówkami Platona, ideałem arystokratycznego wychowania był wszechstronny rozwój osobowości sportowca, nie ograniczający się jedynie do sfery biologicznej. Filozof podkreślał, że należy zacząć od kształcenia duszy tj. wychowania muzycznego, bo to muzyka kształtuje wrażliwość i pozwala na odbiór piękna. Celem gimnastyki dla Greków nie było więc zbudowanie atletycznego i harmonijnego ciała, ale poprzez ćwiczenia gimnastyczne i sportową rywalizację wypracowanie najbardziej wówczas pożądanej cechy ducha, to jest odwagi.
Brad Walls
Wznowienie idei olimpijskiej w epoce nowożytnej powiązane było ze starożytnym łączeniem w całość sportu z edukacją kulturalną, bo jak mawiał Pierre de Coubertin, odpowiedzialny za wskrzeszenie igrzysk Pozbawione aury konkursów artystycznych, igrzyska olimpijskie są jedynie mistrzostwami świata. Musimy połączyć więzami prawowitego małżeństwa dawno rozłączoną parę – Ciało i Umysł. Od 1912 do 1948 roku przyznano aż 151 medali za prace z dziedziny sztuk pięknych inspirowane sportowymi wyczynami, były wśród nich medale przyznane także artystom polskim. Stąd, już na początku radomskiej wystawy, w niepozornej szklanej gablocie, wita wchodzących zdjęcie Józefa Klukowskiego i jego złoty medal zdobyty w 1932 roku na Olimpijskim Konkursie Sztuki i Literatury w Los Angeles za rzeźbę Wieńczenie zawodnika.
Środowisko czynnych zawodowo, „profesjonalnych” artystów od samego początku było z tej rywalizacji wykluczone, piękna idea w końcu więc się jednak wypaliła. Mimo to synteza „ciała i ducha” uwodzi kolejne pokolenia. Narracje dotyczące sportu i bycia fit ładnie sklejają się z godną pochwały promocją zdrowego trybu życia ale historia uczy, że potrafią także z wyjątkowo parszywymi totalitaryzmami (Erwin Wyjadłowski, Podpora, 2018 Gry i zabawy, 2020).
Współcześnie pazernie dobrał się do niej drapieżny konsumpcjonizm, fetyszyzując wybrane marki i modelując wizerunek medialny sportowców na poziomie herosów otoczonych niemal boskim kultem (Łukasz Rudecki, Święta Jadw(IGA) królowa Polski, 2023, Łapacz łez, 2023, Ekstaza świętej Simony, 2023).
Starożytna cnota „odwagi”, zastrzeżona przecież w realiach polis jedynie dla męskiej części społeczności, swój odpowiednik znalazła też niestety w maczystowskiej strukturze świata sportu XX wieku zdominowanego przez patriarchalny system zawodników, trenerów i działaczy, wśród których niestety znajdują się ci, którzy wykorzystują swoją pozycję i władzę (Piotr Gromniak, Submmision, Poddanie, 2023, Chuh, 2021, Evgen Čopi Gorišek, The secret to success, 2020).
Jeśli, wśród tak wielkiej ilości dobrych i wyrównanych prac zgromadzonych na wystawie miałabym pokusić się o wskazanie wyjątkowych z pewnością byłyby to wczesne prace Ewy Juszkiewicz – kojarzącej się przede wszystkim z serią historyzujących portretów kobiet o twarzach zasłoniętych zwojami materiału. Wspólnym mianownikiem jej zaprezentowanego w Elektrowni dyptyku jest „korekta.” Medyczne inklinacje tego określenia w języku potocznym kojarzą się także z normami i dowartościowaniem grupy spełniającej ustalone wytyczne oraz wykluczeniem tych, którzy choćby na cal od nich odstają. Zdeformowane twarze i niezgrabność sylwetek, ustawionych w rzędach potwornych dzieci Juszkiewicz przywołują wspomnienia ze szkolnych sal gimnastycznych i kółek sportowych. Pacynkowate zombie-dzieci Wojtkiewicza wydają się przy stworzonych przez artystkę postaciach sympatycznymi kukiełkami i tylko pytanie, kto uczynił z nich tak mało wdzięczne postaci oskarżycielsko zwraca palec w kierunku cenzurującego wszystko i wszystkich świata dorosłych.
Zresztą i wśród tych ostatnich nie brak dobrowolnych ofiar wyśrubowanych standardów dotyczących cielesności. Wśród karnetowych niewolnic osiedlowych klubów fitness i domowych karimat prym wydają się wieść „kobiety sukcesu”; rynek pracy pożąda przecież elastyczności i temperamentu, gdy celem jednak nie jest zdrowie lecz oszukanie czasu, trudno o idealny balans duszy i ciała (Agata Zbylut, Insta exercises, 2017-18).
Agata Zbylut, Insta exercises, 2017-2018
Muszę przyznać, że szczególnie zapadła mi w pamięć praca japońskiego malarza, rzeźbiarza i performera mieszkającego w Nowym Jorku. Obraz i video Ushio Shinohara (ur. 1932) zaprezentowany w Elektrowni pochodzi z jego najbardziej znanej wielkoformatowej serii Boxing Painting, która swoje początki miała w latach 60. XX wieku.
Ushio Shinohara,
Na fali ówczesnego tzw. malarstwa gestu (action painting) artysta tworzył prace, w których, jak podkreślał, to nie obrazy stanowiły dzieło sztuki, lecz proces ich powstawania. W Radomiu zatem obok papieru „zbitego” tuszem odciskających się na nim bokserskich rękawic można obejrzeć także zapis video akcji jego „malowania”. Beznadziejność czynu skazanego na porażkę, zapis „walki artysty z betonem”, a właściwie galeryjną ścianą przyprawiła mnie o prawdziwe dreszcze. Ta zaskakująca wariacja starcia Dawida z Goliatem stała się w moich oczach nieprawdopodobnie poruszajacą apoteozą ludzkiego (także sportowego) wysiłku i zmagania, więcej nawet ważącego od potencjalnego zwycięskiego końca.
W nadziei na obiecaną nagrodę rajskiej czy też konsumpcyjnej szczęśliwości w starciu z dniem codziennym świat dopinguje nas hasłami w rodzaju “nie histeryzuj, nie płacz, musisz więcej pracować, dasz radę”. Przeciążeni listą spraw “zawsze koniecznych do załatwienia”, marzymy o arkadyjskiej utopii “nic nie robienia” i nagradzamy się stertą zbędnych zakupów. O Arkadii i współczesnych centrach handlowych, o wysiłku i złudnej obiecanej nagrodzie Sztukomodnie w rozmowie z artystką Martą Nadolle.
Artystka i Sztukomodnie podczas wydarzenia z cyklu „Klucz w Zamku”, Zamek Królewski w Warszawie, 21.06.2023
Okładka: Marta Nadolle, Sama za to zapłaciłam, drewno, 56 x 24 x 20, 2022 r., 21.06.2023 wydarzenie Klucz w Zamku w Przedpokoju Oficerskim, Apartamentu Królewskiego, źródło zdjęcia > Edukacja w Zamku Królewskim w Warszawie
Sztukomodnie w Radio z Qlturą– tematami mojej autorskie audycji są nieoczywiste związki sztuki dawnej i współczesnej. Często powracającymi motywami są feministyczny punkt widzenia oraz niekonwencjonalnie ujęty temat mody, poruszane także w spotkaniach z ciekawymi gośćmi ze świata sztuki.
Obrazy Aleksandry Jastrzębskiej to liryzm i osobliwe poczucie humoru w jednym. W swojej klarownej plastycznej syntezie artystka domyka surrealność z encyklopedyczną inspiracją przyrodą. Fascynacja bogactwem mikrokosmosu pozwala w tych kompozycjach dłoni rozkwitać nenufarem, źrenicy wilgocią sadzawki, a zieleni wspiąć się finezyjnym ażurem. Smutek jest u Jastrzębskiej cichy, a radość łagodna. Szpikulec wbity w kwaśny miąższ owocu boli, lecz ciernie róży „pociesznie” tulą się do siebie. To, co gra w pracach artystki pozór skromności i prostoty, tchnie jednak maksymalnym skupieniem. W podróży od człowieka do natury i z powrotem, w potknięciach jej pędzla wykalkulowanych czy przypadkowych, jest wierność swojej dopiero co obranej twórczej drodze.
Aleksandra Jastrzębska, Wynaturzenia, Karrotkawaikultura, 05.08.2023
Zwinne, gibkie, dziewczęce, w ułamku sekundy ciałem zakreślały w powietrzu swoje arabeski, łamiąc wszelkie prawa fizyki. Fenomenalne i wyjątkowe ściągały na siebie w dekadzie lat 70. uwagę międzynarodowych fleszy. Ten blask siłą rzeczy opromieniał także barwy ich narodowych flag. Po prawie pół wieku owe flagi zupełnie inaczej się dzisiaj prezentują, a o wyjątkowej Oldze Korbut z Białorusi (wówczas ZSRR) i Nadii Comaneci z Rumunii pamiętają już chyba tylko fani gimnastyki akrobatycznej starszego i średniego pokolenia.
Olga Korbut, Mediolan, 1972, WikipediaNadia Comaneci 1977, Wikipedia
Biografie tych gimnastyczek wypełnione są aż nadto dowodami na bezduszność dorosłych, którzy żerowali na ich talencie i pracowitości. To także historie ilustrujące bezbronność jednostek wobec totalitarnych systemów bezwzględnie je wykorzystujących. Propaganda wewnętrzna i zewnętrzna uformowała mechanizm, w którym dziecięce sprawności wyśrubowane masakrycznym treningiem, nie ukrócone zdrowym rozsądkiem, przynosiły pożądane przez ówczesnych notabli Breżniewa i Ceaușescu złote medale na sportowych olimpiadach. Obie dziewczyny traktowano jak „dobro narodowe”, w pełni je kontrolowano; zachęcane były do wykonywania ryzykownych choreografii, które wkrótce zresztą oficjalnie zostały zabronione. Ich zwinne ciała wiły się wokół drążków, wykorzystywane ku chwale dyktatorów, ale też w aplauzie i zachwycie reszty świata. Swoimi wyczynami młode gimnastyczki wprawiały w zachwyt miliony, budząc w oglądających cały wachlarz emocji, także męskie zauroczenie.
Wystawa w Fundacji Dzielna to dopiero moje drugie spotkanie z drewnianymi rzeźbami Bogdana Ziętka (1932-2018). Muszę przyznać, za każdym razem uczucia mam mieszane. Jeśli sięgnąć po ekspercką pomoc i szukać publikacji fachowych, czy też komentarzy w mediach społecznościowych, nie trudno stwierdzić, że i tu – ten twórca i jego dzieło – budzą dość sprzeczne emocje. Kim więc był Ziętek? Amatorem, nie oszlifowanym diamentem, czystą plastyczną intuicją, przebłyskiem niewykoncypowanej intelektualnie wytwórczości? A może jego figury drewnianych kobiet to jednak nie „dzieła sztuki” lecz działanie podszyte jedynie erotycznym pragnieniem?
Bogdan Ziętek, Krystyna, lata 90, wystawa w Fundacja Dzielna
Szukając informacji o nim przeczytałam, że podobno już w szkole zauważono, że wyróżnia się zdolnościami plastycznymi; nazywano go nawet Matejką. Sztuka – obok zawodowej pracy fizycznej (Grochowskie Zakłady Magnetyzowe) – stała się pasją i chyba także wentylem bezpieczeństwa jego obsesji. Pierwszej wyrzeźbionej kobiecie nadał imię Ewa. Ubierał je, rozbierał, mył i czesał, szył sukienki, kupował bieliznę. Powstawały w różnych rozmiarach, małe i duże, łącznie prawie 200. Jego dom w Brzezinach na Śląsku pełen był takich wypielęgnowanych i zadbanych „pięknych” kobiet, ale też jego obrazów, szkiców, fotografii, także zdjęć wspomnianych gimnastyczek wykonanych w czasie telewizyjnych transmisji, które inspirowały akrobatyczne pozy niektórych z jego figur.
Bogdan Ziętek, Krystyna, 1989, w tle animacja Agnieszki Polskiej Ćwiczenia korekcyjne, wystawa w Fundacja Dzielna
Ziętek musiał ponoć strzec swoje dziewczyny przed zazdrością żony, której konfuzję – jeśli prawdą jest, że z niektórymi sypiał – rozumiem. Niechętnie rozstawał się ze swoimi rzeźbami, ale też przez dekady nie bardzo miewał do tego powody, bo jego twórczość nie cieszyła się zainteresowaniem ze strony PRL-owskich instytucji. Muzea i galerie wymagały przedłożenia akademickiego dyplomu, którego jako amator nie miał, a spółdzielnie rękodzieła ceniły jedynie to, co od pierwszego rzutu oka było „ludowe”. Prężące się w skąpych majtkach, obcisłych sukienkach i bluzkach drewniane kobiety Ziętka nijak miały się do lalek w strojach regionalnych. Zainteresowanie prywatnych kolekcjonerów, pierwsze wystawy zbiorowe i indywidualne (Muzeum Mazowieckie w Płocku, 2010; Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu, 2015) w końcu przyszły, ale w sumie dosyć późno.
Oczywiście sportowe młode kobiece ciało pojawiało się w sztuce XX wieku już wcześniej. Pierwszym z brzegu, zwłaszcza w kontekście politycznej propagandy, są kadry z niemieckiego filmu Leni Riefenstahl o berlińskiej olimpiadzie z 1936 r. Odnaleźć je można także w mniej kontrowersyjnej twórczości tego samego okresu polskiej artystki Hanny Milewskiej, której drzeworyt Gra w siatkówkę z 1933 r. można obecnie oglądać na krakowskiej wystawie Wilno, Vilnius, Vilne 1918–1948. Jedno miasto – wiele opowieści. Nie jest zaskakujące, że kobiece ciało, ulegając artystycznym odkształceniom wedle oka kobiet o tak różnych wizjach plastycznych, czy to w stronę heroizacji, czy też ekspresjonistycznej deformacji, nie poddawane jest właściwie żadnego rodzaju erotyzacji. Podobnie nie odnajdzie się jej w animacji Ćwiczenia korekcyjneAgnieszki Polskiej z 2008 r., którą kuratorka wystawy w Fundacji Dzielna zestawiła z rzeźbami Ziętka. Nie są to więc przykłady w sztuce stanowiące dobry punkt odniesienia dla twórczości tego domorosłego artysty. Można natomiast pokusić się o przywołanie w jego kontekście obrazów jednego z klasyków polskiego malarstwa XX wieku Jerzego Nowosielskiego.
Jerzy Nowosielski, Gimnastyczki, 1952 i 1953
Jego malowane w latach 50. Gimnastyczki postrzegane były przez niektórych jako kompromis artysty z postulatami epoki. Jerzy Tchórzewski – jak przytacza Krystyna Czerni w swojej biografii Nowosielskiego – określił je później, że są dziećmi socrealizmu z nieprawego łoża, i to dziećmi udanymi. Sam malarz tymczasem w jednej z wypowiedzi bezpruderyjnie przyznawał: Mnie sport interesuje jako manifestacja nagości. Sport to jest zastępcza aktywność człowieka tęskniącego za autentycznym przeżyciem erotycznym. Krzepkie, przysadziste, o ciałach jędrnych i „biodrzastych” otoczone są na tych obrazach opresyjną obecnością milczących i ubranych po same uszy mężczyzn. Prymitywizująca forma i umowność proporcji, wreszcie podobieństwo tematu u obu artystów, mimo tak wielu różnic: życiowej sytuacji, intelektualnego i artystycznego zaplecza, skłaniać może na pierwszy rzut oka do stawiania znaku równości pomiędzy ich pracami a jednak… Podskórna erotyka Nowosielskiego jest i jednocześnie jej nie ma. Jego kompozycje to prowokacyjna zagwozdka, gdy tymczasem kobiety Ziętka zbytnio się jak na mój gust „mizdrzą”, są zamkniętą, podaną na tacy treścią. Siostrzeństwo na koniec jednak niech zwycięża. Świetnie, że wyszły z ukrycia. Niech jak najczęściej ożywają w polskich galeriach.